Leon wszedł pierwszy, uśmiechnięty od ucha do ucha. Od razu zauważyłem, że szafki w kuchni nie pasują do siebie idealnie – jedną wymieniliśmy po zalaniu, ale tamta nowa jakoś nie chciała zgrać się z resztą. Milczałem, a on chodził po mieszkaniu, otwierał szafki, zaglądał do lodówki. W końcu usiadł przy stole i powiedział: „No widzisz, zwłaszcza odkąd przestałem dokładać wam do mieszkania.

”
Przez lata woziłem taksówką po Wrocławiu. Jeździłem do późna, wracałem zmęczony, z bólem pleców. Odkładałem każdą złotówkę. Leon wiedział, że dokładam do mieszkania, ale nie miał pojęcia ile.
A to trochę oznaczało 18 000 zł. Potem 18 000 na wesele, potem kilka dodatkowych przelewów, samochód, meble, zaliczki, pilne sprawy. W sumie prawie 160 000 zł. Człowiek od razu inaczej wraca do domu, kiedy wie, ile w tym wszystkim zostawił.
Leon wychodził tylko na chwilę, potem znowu wracał do samochodu. Wieczorem zadzwoniłem do syna. Powiedziałem mu, że mamy jutro trochę rzeczy do zrobienia. Schowałem telefon do kieszeni.
Następnego dnia poszedłem do przychodni. Włożyłem gołąbki do pojemnika, zapakowałem wszystko do torby i pojechałem. Miałem akurat wolniejszy dzień i pomyślałem, że zajrzę do Leona. Drzwi do mieszkania były lekko uchylone.
Wszedłem, ale nikogo nie zastałem. Wróciłem do windy. Wróciłem do domu. Wieczorem usiadłem i policzyłem wszystko.
132 000. Dopisałem wesele 18 000, potem drobniejsze rzeczy: zaliczka, naprawa samochodu, meble, kilka pilnych przelewów, o których niemal zapomniałem. Na końcu wyszło mi prawie 160 000 zł. Ile mojego życia było w tych 160 000?
Patrzyłem na kartkę i widziałem tylko sumę. Ten sam siwy pysk, te same spokojne oczy – ale liczby mówiły co innego. Następnego ranka nie pojechałem do Leona. Na kartce wciąż widniała suma, prawie 160 000 zł.
Pojechałem do banku. Kiedy podszedłem do stanowiska, poprosiłem o historię przelewów z ostatnich pięciu lat. Kilka dni później do mojej taksówki wsiadła Beata. Woziłem ją kilka razy z biura do domu.
Zazwyczaj miałem włączony telefon, ale tym razem odłożyłem go ekranem do dołu. Na razie miałem coś innego do zrobienia. Dwa dni później wsiadłem rano do autobusu i pojechałem do schroniska. Podeszła do mnie kobieta w zielonej kurtce.
I wtedy zrozumiałem, dlaczego od miesięcy wracałem do jego zdjęcia. Do środka weszła Beata. Powiedziałem: „No chodź, stary, jedziemy do domu”. Myślałem, że wrócimy do domu, dam mu wodę, coś do jedzenia, położę koc w kącie i obaj po prostu pójdziemy spać.
Rufus chodził po mieszkaniu przez pół nocy: z kuchni do przedpokoju, z przedpokoju do salonu. Po kilku dniach pojechaliśmy do weterynarza. Lepszy fotel do salonu. Bez żadnego „przy okazji”, bez problemu do rozwiązania.
Ale zanim zdążyłem się nacieszyć, Leon przyszedł do mnie bez zapowiedzi. Normalnie o tej porze szykowałbym się do wyjazdu. Tym razem nie. Te 160 000 zł ciążyło mi bardziej niż kiedykolwiek, a ja wciąż nie wiedziałem, co powiedzieć.
Siedziałem w fotelu, a Rufus spał u moich stóp. Leon stanął w drzwiach i patrzył na mnie. Przez chwilę myślałem, że znowu wyjdzie. Ale on tylko powiedział cicho: „Masz coś do mnie?
”. I wtedy zrozumiałem, że już nie mogę dłużej udawać.


