Żeby zrozumieć, jak do tego doszło, muszę cofnąć się do początku, do czasów, gdy byłam szczęśliwa, a przynajmniej tak mi się wydawało. W pierwszym roku małżeństwa starałam się dopasować do rodziny Marka. On rano wychodził do pracy, ja też. Raz w miesiącu wyjeżdżaliśmy gdzieś na jeden dzień, do Kazimierza Dolnego albo do Krakowa.

I wtedy, całkiem niespodziewanie, Marek powiedział: – Twoi rodzice mają dom wart co najmniej 800 000 złotych. Skończyłam kroić cebulę i odwróciłam się do niego. – Tak, mają. I co z tego?
– Możemy wziąć pod niego kredyt. Wypił herbatę i poszedł do salonu, jakby to była najzwyklejsza rozmowa na świecie. Właściciel mieszkania, które oglądaliśmy, chciał 30 000 kaucji i dwa miesiące z góry. W samochodzie, w drodze powrotnej do Kielc, milczeliśmy przez pierwsze piętnaście minut.
Potem Marek powiedział: – 35 000 to nie jest koniec świata. Możemy to załatwić. Mówił do siebie, ale z taką pewnością, że poczułam zimno w żołądku. Wtedy zadzwoniła do mnie Marta.
– Idź do lekarza, Agnieszka. Zadzwoniłam do Marka natychmiast. – 0 złotych na koncie oszczędnościowym, 53 złote na koncie bieżącym, 147 000 złotych. – Co takiego?
– zapytał, a w jego głosie nie było zdziwienia. Zadzwoniłam do Marty. – 147 000 złotych. – Nie dzwoń do niego więcej.
Masz dostęp do historii transakcji? Zrzuty ekranu, eile do siebie, dokumenty z historią konta ściągnięte w PDF-ie. Marta wyszła na korytarz i rozmawiała z kimś przez telefon przez około 20 minut. Marek zadzwonił do mnie wieczorem tego samego dnia.
– Marta wróciła do Warszawy, ale pisałyśmy do siebie po kilka razy dziennie. – Kiedy wychodzę ze szpitala, jadę prosto do adwokata, nie do domu. Wzięłam taksówkę do centrum Radomia i poszłam do oddziału banku, w którym mieliśmy z Markiem wspólne konto. Wychodząc z banku, zadzwoniłam do działu kadr w swojej firmie i poprosiłam o zmianę numeru konta do przelewu wynagrodzenia.
Wróciłam do szpitala z dwoma minutami do końca przepustki. Powiedziałam, że już zadysponowany i że do domu dotrę wieczorem. Zamiast tego pojechałam prosto do kancelarii adwokackiej Joanny Krawczyk. – Innymi słowy, te 147 000 stanie się jego długiem wobec mnie przy podziale majątku.
Joanna patrzyła na mnie spokojnie, gdy to do mnie docierało. Halina, moja teściowa, zadzwoniła do mnie dwa dni przed pierwszą rozprawą. – Nie mów do mnie takim tonem. Gdy weszłam do sali, Marek spojrzał na mnie, a potem odwrócił wzrok.
Jego adwokat szepnął mu coś do ucha. Podział majątku uwzględniał 147 000 złotych jako środki bezprawnie wyprowadzone z majątku wspólnego. Mieszkanie na Czarnowie wyceniono na 480 000 złotych. Mój udział plus wyrównanie za wyprowadzone środki dawały mi w sumie 291 000 złotych.
Dowiedziałam się o tym od Joanny w zwykły wtorek, gdy siedziałam w swojej pracy w Kielcach, bo w marcu wróciłam do firmy, do biurka, do liczb, do kwartalnych zamknięć ksiąg, które czekały na mnie cierpliwie jak stary znajomy. 291 000 złotych. Patrzyłam na saldo konta przez długą chwilę. Potem zadzwoniłam do Marty.
Dziś przywozimy wino z Biedronki i rozmawiamy do północy o wszystkim i o niczym. Podobno Marek wrócił do Skarżyska Kamiennej, do rodziców. Nie wiem, czy to prawda.
I szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to.


