Ogień zabrał mi w jedną noc wszystko, co miałam. Mojej matce zajęło 90 sekund, żeby zdecydować, że to nie jej problem. Nazywam się Iwona Mazur, mam 33 lata i jestem pielęgniarką w hospicjum. Trzymałam w dłoniach więcej rąk odchodzących ludzi, niż potrafię policzyć.

A o trzeciej nad ranem stałam na parkingu przed swoim blokiem i patrzyłam, jak drugie piętro mojego życia robi się czarne. Dym wciąż miałam we włosach, kiedy zadzwoniłam do rodziców. Matka odebrała półprzytomna, poirytowana i powiedziała słowa, których nigdy nie zapomnę. A potem podszedł mężczyzna w szarej kurtce, biegły od pożarów i zapytał, kto w zeszłym tygodniu miał klucz do mojego mieszkania, bo znaleźli coś na miejscu.
Kilka dni później, w cichym biurze na komendzie, to, co wyjął z zaplombowanej torebki na dowody sprawiło, że krew mi zastygła. A tego, co zrobiłam z tym 48 godzin później, nikt z nich się nie spodziewał.


