Najpierw zawieź mnie do prawnika. To były pierwsze słowa, jakie Władysław wypowiedział po wyjściu ze szpitala. Pomogłem mu wsiąść do samochodu, a on sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął mały, stary dyktafon. Nie pojechaliśmy od razu do pensjonatu.

Dom jest w drugą stronę. Zaprowadziła nas do niewielkiej sali konferencyjnej. Podeszła do metalowej szafy stojącej przy ścianie. Klucz pasował właśnie do niej.
Miałem nadzieję, że nigdy nie będę musiał do tego wracać. Kiedy skręciłem na drogę prowadzącą do pensjonatu, od razu zauważyłem samochody. Kiedy weszliśmy do środka, objęła ojca ostrożnie. Wieczorem wszyscy usiedliśmy do stołu.
Potem odwróciła się i weszła do pensjonatu. Nie od rodziny, od człowieka, którego znałem prawie 20 lat.


