Rano wszystko wyglądało jak zwykle. Woda na kawę, cisza w przedpokoju, nikt nie wołał, żebym zrobił drugą filiżankę. Spakowałem krem z filtrem, mały ręcznik w paski i paczkę plastrów. Telefon zadzwonił, kiedy wkładałem krem do torby.

To była krótka rozmowa. „Tylko nie bierz tego do siebie – powiedział głos. – Pojadę do Ustki. ” Ustka.
Prawie cały dzień drogi. Dotarłem zmęczony, z obolałym kolanem, koszula przykleiła mi się do pleców. Ale kiedy widzisz, że coś zaraz komuś spadnie na głowę, ręce same ruszają do roboty. Na miejscu wszystko kręciło się wokół budki Krystyny.
Ona składała pocztówki do pudełka, zdejmowała kapelusze, liczyła drobne. A ja patrzyłem na ludzi – dzieci w wieku Maksa i Hani, kobiety w podobnych sukienkach, mężczyzn z okularami na głowie. Stali w kolejce, która zakręcała prawie do ławki. Krystyna żartowała z panią za ladą, śmiała się, zerkała na Teresę.
Ale te spojrzenia nie były dla dzieci. One były dla dorosłych, dla widowni. Do południa ruch przy budce był spory. Włosy przykleiły jej się do policzków.
Ale oczy same wyłapywały dzieci. – Jeszcze tylko sanepidu mi brakuje do kompletu – mruknąłem. Pani przede mną w kolejce przesunęła się do przodu. Przyszedłem do Krystyny zaraz po śniadaniu.
Powiedziałem jej wprost: jeśli nie wyjaśnię sprawy do końca tygodnia, mogą nie przedłużyć mi miejsca. Trzeba było iść do urzędu albo do biura zarządcy. Poprosić o wyjaśnienia. Jeszcze zanim doszliśmy do budki, Krystyna wzięła jedną pocztówkę do ręki, potem drugą, choć trzymała je do góry nogami.
Ktoś krzyknął do dziecka, żeby szybciej zakładało sandały. Powiedziałem do Krystyny, że musi uważać. Sięgnęła ręką do ramienia. A potem trzeba było krzyczeć do wszystkich: – Wszyscy do pensjonatu natychmiast!
Iwona odwróciła się do niego, ale ja już zwróciłem się do Iwony. Zapiąłem kurtkę, schowałem latarkę do kieszeni i ruszyłem w stronę zejścia na plażę. Wszyscy do pensjonatu. Do zejścia numer trzy szedłem pod prąd.
Drobinki piasku wchodziły do oczu, między zęby, pod kołnierz. Doszedłem do niebieskiego kosza i powiedziałem do siebie: dość. Kiedy zbliżyłem się do promenady, zobaczyłem budkę Krystyny. Iwona nie poszła do pensjonatu.
Gdy mnie zobaczyła, zrobiła krok do przodu. Kania przytuliła się do jej biodra. Odwróciła się do Romana powoli. Deszcz spływał po plandece i kapał z jej rogu prosto do wiaderka z łopatkami.
Teresa od razu zrobiła krok do przodu. Iwona odwróciła się do mnie. Deszcz kapał do wiaderka. A Iwona tylko zapytała: – Przyjdziesz dziś do nas, do pensjonatu?
Przyszedłem do Krystyny zaraz po ósmej. Powiedzieli, że skoro płatność się znalazła, to do końca sezonu mogę zostać. Potem jeszcze będą rozmowy, ale mam spokój przynajmniej do końca sezonu. Roman próbował wrócić do swojej zwykłej formy.
Chciał, żebyśmy zostawili wszystko i biegli do pensjonatu. Ale ja już wiedziałem: nie zawsze trzeba biec. Czasem wystarczy zostać.
Więc zostałem.


