Wstałem przed świtem, bo tak wygląda moje życie od lat. Budzik dzwoni o piątej, a ja już wiem, że dzień będzie pełen obowiązków. Praca na zmiany, telefony w najmniej odpowiednich momentach, ktoś zawsze czegoś chce. To chyba zostaje człowiekowi do końca życia – ta ciągła gotowość, to przerywanie własnych planów.

Spojrzałem przez okno na korytarz prowadzący do dwóch pustych pokoi. Wiedziałem, że coś się zmieni, ale nie spodziewałem się, że tak szybko. W przyszłym tygodniu przyjadą do mnie moi rodzice – powiedziała Ewelina, a ja poczułem, jakbym dostał obuchem w głowę. Jak to przyjadą do mnie?
Próbowałem zapytać, ale Ewelina nie dała mi nawet dojść do słowa. Już planowała, gdzie ich ulokuje, co ugotuje, jak ich podejmie. A ja stałem i patrzyłem na te puste pokoje, które do tej pory były moją oazą. Pierwsze co zrobiłem, to zadzwoniłem do Szymona.
Powinienem był do ciebie zadzwonić – powiedziałem, gdy tylko podniósł słuchawkę. Przy drewutni zostało jeszcze sporo do uporządkowania, a ja szukałem pretekstu, żeby nie wracać do domu. Wieczór minął jednak całkiem przyjemnie. Szymon pomógł mi poskładać deski, pogadaliśmy o starych czasach, o tym, co się u nas dzieje.
Do późnego wieczora było naprawdę miło, dopóki nie wróciłem do rzeczywistości. Następnego dnia Grażyna, moja sąsiadka, też nie wyglądała już jak ktoś, kto przyjechał do pensjonatu. Za nią trawa sięgała miejscami prawie do kolan, a ona tylko westchnęła, że trzeba by się tym zająć. Podzieliliśmy robote – część poszła do kompotu, część odłożyła na szarlotkę.
Tak to u nas wygląda, zawsze coś do zrobienia. Miałem wtedy dwadzieścia kilka lat i uważałem, że jeśli człowiek cały tydzień pracuje, to w sobotę ma święte prawo usiąść. Grażyna nalewała kompot do szklanek, a ja patrzyłem na nią z lekkim uśmiechem. Powiedziałem do niej: ta furtka naprawdę była do zrobienia.
Od kilku dni chciałem pojechać do Żywca po farbę do małego pomieszczenia obok garażu, ale ciągle coś wypadało. Wsiadłem do samochodu, przekręciłem kluczyk, ale zamiast ruszyć, wróciłem do domu. Pojechałem do Żywca dopiero następnego dnia, a tam zatankowałem Waldemarowi do pełna. Waldemar spojrzał na mnie tak, jakby właśnie przeliczał do dziesięciu.
No dobrze, ale zatankowałem ci do pełna – powiedziałem, a on tylko westchnął. Czasem trzeba było go zawieźć do lekarza, czasem zrobić większe zakupy, czasem pojechać do mojej matki. Jedno dziecko i sto rzeczy do załatwienia – tak to sobie powtarzałem, gdy Waldemar wracał do jedzenia, zamiast rozmawiać. On przestał wracać do tematu, a Grażyna czasem dzwoniła do Bielska i wypytywała o remont.
Opowiadała, jak to się cieszy, że ktoś wreszcie dba o to miejsce. Ja tylko kiwałem głową, bo w głowie miałem własne sprawy. Pewnego dnia, gdy Grażyna przyszła do kuchni z książką pod pachą i swoim niebieskim kubkiem, powiedziała, że najpierw poczyta, a potem zadzwoni do Haliny. Już zaglądała do lodówki, a ja tylko westchnąłem.
Rzuciłem do niej, że znowu plany, ale ona tylko wzruszyła ramionami. Wszedłem do kuchni, a Grażyna wskazała dużą formę do ciasta. Powiedziała, że powinniśmy byli sami do was zadzwonić, zanim rodzice Eweliny zaplanowali przyjazd. Kilka dni później Waldemar znalazł małe mieszkanie do wynajęcia w Żywcu.
W dzień przeprowadzki przyszedł do garażu, gdzie porządkowałem narzędzia. Dobra, dobra, tylko nie wypominaj mi tego do osiemdziesiątki – powiedziałem, a on tylko się uśmiechnął. Kiedy przyjechali, ich rzeczy wyglądały, jakby zamierzali zostać do wiosny. Będziesz to wspominał do osiemdziesiątki?
– zapytała Grażyna, a ja tylko pokręciłem głową. Potem wszedłem do domu, a Waldemar zadzwonił do mnie w piątek. Grażyna też zaczęła wpadać od czasu do czasu. I tak to się toczy, dzień za dniem, a ja wciąż wstaję przed świtem.
Może naprawdę to zostaje człowiekowi do końca życia – ta ciągła gotowość, ta praca, te obowiązki. Ale gdzieś w tym wszystkim jest też spokój, który znajduję w małych rzeczach. Przy drewutni zostało jeszcze sporo do uporządkowania, ale już wiem, że znajdę na to czas.
Do następnej opowieści.


