Używaliśmy tej karty od lat do wspólnych wydatków. Zwykła granatowa karta, bez żadnych ozdób, na stałe wpisana w naszą codzienność. Kelner przyniósł rachunek, a ja przyłożyłam kartę do terminala, nawet nie zastanawiając się nad tym, co robię. To był rytuał.

Teodora nachyliła się do mojego telefonu, kiedy odbierałam powiadomienie o transakcji. Widziałam jej wzrok, ale nie zwróciłam na to uwagi. Granatową kartę wsunęłam z powrotem do portfela i pomyślałam o tym, że niedługo trzeba będzie opłacić rachunek za prąd w młynie. Nie pojechałam jednak do domu ani do starego młyna.
Skierowałam samochód prosto do oddziału banku przy ulicy Legnickiej. Rachunek, który tam służył wyłącznie do finansowania remontów młyna, miał zostać zamknięty. Kwota, która została na nim wypłacona, wynosiła 684 000 złotych. Seweryna, moja dawna znajoma z banku, wykonała dyspozycję, a następnie przekazała sprawę do zespołu bezpieczeństwa.
Nie przelałam środków do innego banku, nie zrobiłam żadnej podejrzanej operacji. Zeszłyśmy do pomieszczenia chronionego podwójnymi drzwiami, gdzie odbiór gotówki został wpisany do inwentarza. Tego wieczoru nie wróciłam do domu. Miałam wtedy na koncie niewiele.
Wszystko, co zarobiłam, szło na remonty, na pensje, na to, żeby młyn oddychał. A teraz, gdy trzymałam w torbie pokaźną sumę, czułam, że muszę to zrobić w ciszy, zanim ktokolwiek się zorientuje. Teodora podeszła do mnie kilka dni później. Była spokojna, ale w jej głosie wyczuwałam napięcie.
Powiedziała, że widziała powiadomienie o wypłacie i że to jej śledztwo. Nie zażądała zwrotu pieniędzy, nie groziła. Po prostu patrzyła na mnie przez chwilę, a potem wyjęła z torby plik dokumentów. Skopiowany komplet zabrałam do torby.
Włożyła je do ognioodpornej szafy w swojej kancelarii, a mnie przekazała potwierdzenie przyjęcia. Były to notatki, które prowadziła od lat, dotyczące młyna, majątku i naszej rodziny. W piątek 7 marca pojechałam do starego młyna razem z Octavią. Kot do bramy nie zadziałał.
Idalia, nasza matka, nie jest obecnie zdolna do podejmowania racjonalnych decyzji – tak powiedział lekarz, ale to nie było oficjalne orzeczenie. Mówił do pracowników, nie do mnie. Widziałam, jak otwierał drzwi do biura, jakby to była jego własność. Dobromir uniósł uteczkę i pokazał kopię rzekomego aneksu do najmu.
Pod aneksem znajdowała się podobna do mojej sygnatura. Nie wpuścił nas nawet do holu. Stałam na zewnątrz, w deszczu, i słuchałam, jak mówi, że mam stąd zniknąć, że młyn nie jest mój, że to wszystko zostało przekazane jego spółce. W sobotnie popołudnie Letycja przyjechała do hotelu.
Babcia powiedziała, że młyn i tak należy do rodziny, należy do mnie. Letycja nie próbowała mnie namawiać do ustępstwa. Została jeszcze godzinę, po czym wróciła do wynajmowanego mieszkania. Dobromir wysłał do mnie zaproszenie.
Przywrócisz pełnomocnictwo, podpiszesz aneks do najmu i zgodę dla banku. Zostaniesz poza młynem do końca najmu. To brzmiało jak wyrok. Miałam poranną zmianę, dlatego przyjechałam do młyna przed kucharzami.
Samochody odjechały z krzesłami i sprzętem gastronomicznym należącym do spółki. Nie wiedziałam, co robić, dopóki nie przyszedł list z sądu. Zamiast tego wystąpił do sądu o zabezpieczenie i czasowe wstrzymanie wydania nieruchomości. 3 kwietnia, w czwartek, Octavia zadzwoniła do mnie, gdy oglądałam małe mieszkanie do wynajęcia.
Dobromir wysłał jej pakiet do wydrukowania dla banku. Odwróciłam się do Oktavii i wyszłyśmy bocznymi schodami. Na korytarzu nie podszedł do mnie. Bez mojego zabezpieczenia i prawa do budynku nie mógł uruchomić kredytu.
Do mnie także wysłał zaproszenie. Miała do tego podstawę jako kierowniczka odpowiedzialna za wyposażenie. Dobromir podszedł wtedy do mnie. Letycja podeszła do mnie dopiero wtedy, gdy sala niemal opustoszała.
Felicja zamknęła zaplecze, a potem oddała mi używaną przez siebie kartę dostępu, ponieważ system należał do spółki i miał zostać wyłączony. Usiadłyśmy na schodach prowadzących do ogrodu. Została do wieczora, a przed wyjazdem razem zawiesiłyśmy znak nad wejściem. Pakował kartony do starego samochodu dostawczego, a Wawrzyniec sprawdzał listę zakupów.
Wciąż leżała w wewnętrznej kieszeni obok klucza do pustej skrytki bankowej. Przyłożyła kartę do terminala stojącego na dębowym bufecie.


