Nie było już śmiechu ani gadania przy furtce, nie było przeciągania pożegnań, kiedy ktoś jeszcze wraca po miskę, ktoś szuka okularów, ktoś mówi: „No to już naprawdę lecimy”. Ona pakowała resztki do pudełek po lodach, ja wynosiłem węgiel i zamiatałem pod stołem. Wziąłem miskę po ogórkach, talerze, deskę do chleba, zaniosłem wszystko do kuchni. Halina kupiła ją kiedyś na targu, bo powiedziała, że pasuje do naszej kuchni.

„No córeczko” – brzmiało jak zdanie, które ktoś jej wcześniej włożył do ust. Bogdan podszedł do płotu z kubkiem w ręku. Po południu czasem szedłem do sklepu, czasem do garażu, czasem po prostu siedziałem na ławce pod jabłonią i patrzyłem na stół. Powiedziała, że dużo pracuje, że w przychodni znów kolejki, że Tomek ma stresujący tydzień.
Wszedł do środka, rozejrzał się po półkach, po narzędziach, po słoikach ze śrubkami opisanych jeszcze ręką Haliny: „Małe, długie, do płotu nie wyrzucać”. Odszedł bliżej, wsadził ręce do kieszeni. „Taki Tomasz do rozmów od serca. Chciałem, no wie pan, wrócić do tamtej niedzieli”.
„Do której części? ” – zapytałem. „Do tej nieprzyjemnej”. „No tak, to było niefortunne”.
Zostawił po sobie zapach drogich perfum i zdanie, które chodziło za mną do wieczora. Tomasz pochylił się do przodu. „Nawet transport do przychodni, jeśli trzeba”. Po tym wszystkim nazwisko mojego zięcia nie wpadało już do kuchni jak niespodzianka.
Jakiś tydzień przed tym grillem… nie musiał kończyć. „Jak tylko stary trafi do domu opieki, bierzemy ten teren”. Znałem go ponad dwadzieścia lat. Tomasz powiedział, że Ewa dojrzeje do decyzji.
Wstałem od stołu i podszedłem do okna. Odwróciłem się do niego. Podszedłem do szuflady pod kredensem i wyjąłem notes Haliny – ten, w którym zapisywała listy zakupów, numery do sąsiadek, przepisy zasłyszane od kogoś w kolejce. Zamknąłem notes, ale zaraz znów go otworzyłem.
Jedna strona mówiła, jak zrobić mięso na niedzielę, żeby rodzina chciała wracać do stołu. Druga mówiła, jak ktoś próbował z tego stołu zrobić przeszkodę do usunięcia. „Pójdę do Pawła”. Do kancelarii Pawła pojechałem we wtorek rano.
Sekretarka zaprowadziła mnie do gabinetu chwilę po dziewiątej. Paweł otworzył notes. Trzeci telefon był o sprzedaży nieruchomości należącej do osoby starszej, która przebywa w domu opieki. Dostęp do drogi, kształt działki, sąsiedztwo innych terenów.
„Może chcieć doprowadzić do sytuacji, w której to nie pan będzie podejmował decyzję”. Słońce schodziło nisko, a ogród miał ten złoty kolor, który Halina zawsze nazywała światłem do zdjęć. No i wrócił w jednym zdaniu, jak cień wchodzący do kuchni. Każde kolejne słowo było jak mały kamień wrzucany do studni.
Odprowadziłem ją do furtki. Patrzyłem, jak odchodzi ulicą do auta zaparkowanego dalej. Dopiero kiedy zniknęła za zakrętem, wróciłem do kuchni. Tomasz miał dziecko w drodze i ani razu nie przyszedł do mnie z tą wiadomością jak człowiek.
Wstałem od stołu i podszedłem do szafki z przyprawami. Potem zadzwoniłem do Pawła. Potem poszedłem do Stefana. Drewienka do rozpałki ułożone równo w starej skrzynce po jabłkach.
Pierwsza przyszła Teresa, przyjaciółka Haliny jeszcze z czasów, kiedy razem jeździły tramwajem do pracy. Był uprzejmy aż do przesady. „Oczywiście do spokojnego omówienia” – powiedział Paweł spokojnie, „ale nie jest narzędziem do przejęcia kontroli nad majątkiem ojca”. Słyszałem, jak Tomasz powiedział: „Jak tylko stary trafi do domu opieki, bierzemy ten teren”.
I powiedział: nie musiał już nikt nic dodawać. Tomasz odwrócił się do niej. Wziąłem czysty talerz, podszedłem do grilla i położyłem sobie kawałek karkówki.
Wróciłem do stołu i usiadłem.


