— Zapraszam do tablicy. Te słowa zawisły w powietrzu ciężko, jak kamień wrzucony do spokojnej wody. W jednej dłoni trzymała siatkę z zakupami, w drugiej klucze do mieszkania. Te słowa nie były skierowane do niej.

Nigdy nie były. — Skąd ci to przyszło do głowy? — usłyszała kiedyś od matki, gdy jako dziecko opowiedziała jej o marzeniach. Łatwo mówić o marzeniach komuś, kto pracuje od świtu do nocy.
Widząc zmęczenie na twarzy matki, wracała do zeszytu, do zadań, do ciszy. Czuła się wtedy częścią świata, do którego nigdy nie należała. Tego wieczoru, sprzątając uczelnię, weszła do jednej z sal. Delikatnie schowała podręcznik do torby, jakby to był sekret, który mógłby ją zdradzić.
O północy wróciła do mieszkania. Po dwudziestu minutach odłożyła długopis. Według grafiku powinna wejść do auli dopiero za dwadzieścia minut, ale profesor Wolski często przeciągał wykłady. Nie lubiła tego sposobu mówienia do ludzi, ale słuchała.
On studentów potrafi doprowadzić do płaczu, a co dopiero pracowników technicznych. Gdyby mogła podejść do tablicy, zaczęłaby od podstawienia. Dziewczyna wróciła do sali. Świat nie zaprasza takich kobiet jak ona do tablicy.
Świat wywołuje je do niej tylko po to, żeby się pośmiać. Ewa powoli weszła do sali. Podeszła do katedry, wyciągnęła rękę i wzięła kredę. Oni nie mieli pojęcia, kogo właśnie zaprosili do tablicy.
Miała ochotę odłożyć kredę, przeprosić, wyjść, wrócić do korytarza, do swojego wózka, do wiadra z wodą, do świata, w którym nikt nie pytał jej o granice funkcji i pochodne cząstkowe. — Teraz wystarczy zauważyć, że ten wyraz dąży do zera szybciej niż mianownik — powiedziała bardziej do siebie niż do sali. Profesor odwrócił się do studentów. Ona myślała tylko o tym, że powinna wrócić do pracy.
Powoli wróciła do tablicy, wzięła kredę. Nie była przyzwyczajona do braw. Profesor podszedł do katedry, otworzył swoją teczkę i wyjął kartkę. — Po prostu nie doszli do tego etapu — szepnął do koleżanki.
Przez chwilę poczuła, jak stary lęk podchodzi jej do gardła. Ewa podeszła do tablicy. — Czy do tego momentu jest jasne? — zapytała.
Udawanie rozumienia to najdroższy bilet do katastrofy. Ewa wróciła do poprzedniej linijki i wyjaśniła wszystko jeszcze raz, używając prostszego przykładu. To było dla niej niemal nie do zniesienia. Ewa doszła do ostatniego etapu.
Odwrócił się do sali. Profesor Wolski podszedł do tablicy. W końcu odwrócił się do niej. Do środka weszła pani Halina, kierowniczka ekipy sprzątającej.
Profesor Wolski odwrócił się powoli do studentów. Natalia podeszła do Ewy. Chciała wrócić do swojego wózka, do pracy, do normalności, ale normalność już nie istniała, bo zanim zdążyła wyjść z sali, usłyszała za sobą głos profesora. — Muszę wrócić do pracy — powiedziała cicho.
Natalia przestała wkładać zeszyty do plecaka. Książki, stare skrypty, nagrania wykładów, czasem notatki studentów wyrzucone do kosza, czasem podręczniki, które ktoś zostawiał na parapecie, bo były za ciężkie do noszenia. Do środka wszedł starszy mężczyzna w granatowym garniturze. Chciała tylko wrócić do domu, do Jakuba, do herbaty, do ciszy.
Starszy mężczyzna nie podszedł do tablicy i zaczął czytać rozwiązanie. — Ja naprawdę powinnam wrócić do pracy — powtórzyła. Profesor Baranowski odwrócił się do niej. — Pani Ewo, proszę jutro rano przyjść do mojego gabinetu.
— W takim razie dopasujemy godzinę do pani zmiany — dodał. Ktoś właśnie powiedział, że uczelnia może dopasować się do niej, choć przez całe życie to ona dopasowywała się do wszystkich. Pani Halina już do mnie dzwoniła. Wczoraj talent sam wszedł do auli z mopem.
Tego samego dnia w południe Ewa wróciła do domu wcześniej niż zwykle. Te same rzędy drewnianych ławek, ta sama duża tablica, ten sam zapach kredy, książek i kawy z automatu, która nadal smakowała tak, jakby ktoś zaparzył smutek w plastikowym kubku. Ewa odwróciła się do tablicy i zapisała pierwsze zadanie. Do środka wszedł profesor Marek Wolski.
Po prostu wróciła do tablicy. Pod koniec zajęć jedna ze studentek podeszła do niej nieśmiało. Ewa podeszła do tablicy i napisała jedno zdanie. — Dziękuję, że wysłuchaliście tej historii do końca.
Do usłyszenia już wkrótce.


