Do tamtego wieczoru wierzyłem, że znam swoją córkę. Agnieszka siedziała naprzeciwko mnie przy kuchennym stole, a ja patrzyłem na nią jak na obcą osobę. Przyciągnąłem ją do siebie, a ona wtuliła twarz w moją koszulę, jakbyśmy wciąż mieli być rodziną. Danuta przykucnęła obok mnie, podniosła jeden z tomów z podłogi i powiedziała: „No proszę, przynajmniej tym razem trup wypadł tylko z kartonu.

” Śmialiśmy się z tego przez cały wieczór, ale coś już pękło. Potem zaczęliśmy chodzić w niedzielę na obiad do małego baru niedaleko rynku. Zajmowaliśmy ten sam stolik przy oknie, zamawialiśmy to samo, a ona opowiadała o swoich ziołach i o tym, że ogród potrzebuje więcej słońca. Skasowałem przeprosiny, odłożyłem telefon ekranem do dołu i uruchomiłem samochód, bo nie chciałem odpisywać Ewie, która pisała coraz częściej.
W sobotnie poranki spotykałem się z Danutą przy wejściu do parku Szczytnickiego. Szliśmy w milczeniu, a ona nie zasypywała ciszy pytaniami, tylko od czasu do czasu wskazywała drzewo albo zachmurzone niebo. „No dobrze, jeżeli postanowisz się ze mną nie żenić, zrozumiem” — powiedziała pewnego razu, a ja nie wiedziałem, czy to żart, czy test. W poniedziałek południe ktoś zapukał do drzwi.
Wpuściłem Ewę do środka, a ona wyciągnęła z torby list, który dała mi tydzień przed przeprowadzką do hospicjum. Przechowywałem go przez tyle lat, a teraz trzymałem go w rękach, czując, że ziemia usuwa mi się spod stóp. Po jej wyjściu złożyłem kartkę i schowałem ją do wewnętrznej kieszeni kurtki, a potem zadzwoniłem do Danuty. Przez kilka następnych dni Agnieszka dzwoniła do mnie częściej niż zwykle, ale każda rozmowa prowadziła do tego samego miejsca.
„No właśnie, jest duży” — mówiła, gdy zapytałem o dom cioci. Prawie uwierzyłem, że przyszła po prostu do ojca, dopóki nie pojechałem do Ryszarda, mojego przyjaciela od ponad dwudziestu lat. Trzy tygodnie temu Agnieszka napisała do mnie wiadomość. Interesowało ją, kiedy dorosłe dzieci powinny starać się o pełnomocnictwo do kont, dostęp do dokumentów i możliwość nadzorowania majątku.
Nie chciałem wracać do pustego domu, więc wieczorem pojechałem do Danuty. „Czuję się jakbym przestał być człowiekiem, a stał się sprawą do załatwienia” — powiedziałem jej, a ona tylko przytuliła mnie mocno. Następnego dnia zadzwoniłem do Ryszarda. „Wojtek pije za dużo kawy, ale tego chyba nie da się wpisać do intercyzy” — powiedział ze śmiechem, zanim przeszliśmy do testamentu.
Danuta otrzyma prawo do dożywotniego zamieszkania, a po jej śmierci albo dobrowolnej wyprowadzce nieruchomość przejdzie do funduszu rodzinnego. Usiedliśmy przy moim stole i wkładaliśmy dokumenty do kopert. Jedną zaadresowałem do Agnieszki i Łukasza, a decyzja miała należeć do niej. Wrzuciłem kopertę do skrzynki następnego ranka, ale kilka dni później znalazłem ją w drzwiach.
Na przodzie grubym czerwonym flamastrem ktoś napisał: zwrot do nadawcy. Wtedy zrozumiałem coś, czego wcześniej nie chciałem dopuścić do siebie. Wiedziałem, że już nie zasnę, choć do wyjazdu zostało jeszcze kilka godzin. Telefon leżał ekranem do dołu na blacie, a ja szeptałem do siebie: „No, Wojtek, jeszcze cię wzięło na stare lata.
”
Ceremonię zaplanowano na wpół do pierwszej. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechnęła się do mnie, a ja poczułem, że może jeszcze jest nadzieja. Agnieszka weszła do środka, w obu dłoniach trzymając białą teczkę mocno przyciśniętą do piersi. Ryszard podszedł do stołu, a moja córka odwróciła się do mnie.
„No przecież to najważniejsza część majątku” — powiedziała, a ja poczułem, jak coś we mnie zamiera. Potem dom przejdzie do funduszu rodzinnego dla Agnieszki, Mikołaja i Hani, ale przede mną stało pytanie, czy mogę stanąć przed kobietą, która dobrowolnie zrzekła się praw do mojego majątku. Schowałem drżące dłonie do kieszeni, ale to, co było wcześniej, też nie było dobre. Hania wpadała do kuchni, otwierała lodówkę i od razu pytała, czy mamy coś z serem.
Pewnej środy wyszedłem nawet do garażu i bez potrzeby zacząłem porządkować narzędzia. Łukasz przyszedł do kancelarii, ale ja patrzyłem przez okno na ogród, gdzie Danuta przesadzała zioła do większych donic. Z czasem zaczęły docierać do mnie pojedyncze wiadomości przez wspólnych znajomych, a Agnieszka przeszła do salonu i rozejrzała się dookoła. Kiedy zbierała się do wyjścia, zatrzymała się przy drzwiach.
Łukasz wyprowadził się do brata, a jej małżeństwo należało do niej. Hania pobiegła prosto do kuchni, a w ogrodzie róże należały do Ewy, lawenda do Danuty. W drodze do domu zrozumiałem coś, czego nie potrafię jeszcze nazwać.


