Martyna, szesnastoletnia córka, odebrała telefon. W słuchawce usłyszała trzeźwy głos kobiety, która powiedziała spokojnie: „Powiedz mamie, że tata mnie kocha”. To był siedemnasty telefon w tym miesiącu. Salomea stała w korytarzu, patrząc, jak córka drżącymi rękami odkłada słuchawkę.

Jej mąż przyznał się do romansu trzy tygodnie temu. Powiedział, że to koniec. Ale ta kobieta, Beata, nie dawała za wygraną. Dzwoniła, pisała, przychodziła pod dom.
I wtedy Salomea musiała podjąć najtrudniejszą decyzję swojego życia. Co zrobiła? To, czego nikt się nie spodziewał. Dźwięk telefonu rozdarł ciszę o trzeciej nad ranem.
Salomea otworzyła oczy. Obok niej łóżko było puste. Pościel po stronie męża zimna, nietknięta. Telefon dzwonił uporczywie, niebieskie światło ekranu odbijało się w lustrze szafy.
Odebrała, nie patrząc na wyświetlacz. — Oddaj mi Jarosława! — wrzasnął kobiecy głos, pijany, ochrypły, pełen histerii. — On jest mój.
Odejdź od niego. Słyszysz mnie? Klik. Salomea trzymała słuchawkę przy uchu jeszcze przez kilka sekund.
Cisza w mieszkaniu była teraz gęsta, dusząca. Włączyła lampkę. Żółte światło rozlało się po ścianie, oświetliło fotografię ślubną. Ona i Jarosław, młodo, uśmiechnięci.
Spojrzała na zegar. 3:22. Jarosław miał nocną zmianę w firmie ochroniarskiej do szóstej. Jego telefon leżał na komodzie obok portfela, wyłączony.
Zawsze wyłączał go na nocne zmiany, żeby nie rozpraszał uwagi — tak tłumaczył. Salomea usiadła na łóżku, czując chłód podłogi pod stopami. Pomyślała o głosie tamtej kobiety. Nie złościła się.
To było dziwne. Czekała na furię, na wybuch emocji. Ale była tylko pustka i pytanie, które kręciło się w głowie jak płyta gramofonowa. Kto to jest?
Nie spała do rana. Ranek przyszedł leniwie. Szare światło wlało się przez wyblakłą zasłonę. Salomea usłyszała klucz w zamku.
Jarosław wracał. W kuchni był już Krystian, trzynastoletni syn, pochylony nad telefonem. Martyna stała przy czajniku, przeciągając sylaby. — Mamo, nie mamy już cukru — powiedziała, nie otwierając oczu do końca.
— Jest w szafce nad zlewem — odpowiedziała Salomea automatycznie. Jarosław wyglądał na zmęczonego. Sińce pod oczami, dwudniowy zarost. Ubranie pachniało potem, papierosami i czymś jeszcze.
Może perfumami? Salomea zamrugała. Nie, to pewnie tylko zapach z pracy. — Dzień dobry — powiedział, rzucając klucze na blat.
Salomea stała przy kuchence, odwrócona do nich plecami. Czuła, jak mroźny strumień wody bije o dno garnka. — Kto to Beata? — zapytała spokojnie, nie odwracając się, jakby pytała o pogodę.
Cisza. Nagła, absolutna. Nawet Krystian przestał klikać w telefon. Potem brzęk.
Jarosław upuścił kubek. Kawa rozlała się po blacie, ciemna plama rozchodziła się szybko, kapała na podłogę. — Co? — wykrztusił, a jego głos załamał się na końcu.
Martyna odwróciła się, oczy szeroko otwarte. — Pytałam — powiedziała Salomea, odwracając się powoli i patrząc mu prosto w oczy. — Kto to Beata? Jarosław stał nieruchomo.
Jego twarz zrobiła się szara jak popiół. — Skąd… skąd znasz to imię? — wyszeptał.
— Dzwoniła w nocy o 3:22. Krzyczała, żebym cię jej oddała. Jarosław nic nie odpowiedział. Odwrócił się i prawie wybiegł z kuchni.
Drzwi do łazienki zatrzasnęły się z hukiem, zamek kliknął. Salomea stała nieruchomo, palce zaciśnięte na blacie. — Jedzcie śniadanie, spóźnicie się do szkoły — powiedziała, a Krystian schował telefon do kieszeni i zaczął jeść płatki w milczeniu. Martyna patrzyła na matkę przez chwilę, w jej oczach była mieszanka zdziwienia i strachu.
Ale w końcu wzięła torbę i wyszła z kuchni. Trzasnęła drzwiami. Wieczorem dzieci były już w swoich pokojach. Z pokoju Martyny dochodziła muzyka, z pokoju Krystiana odgłosy strzelaniny z gry komputerowej.
Salomea siedziała w salonie z książką, której nie czytała. Jarosław wrócił z drugiej zmiany. Zostawił buty w przedpokoju, wszedł w skarpetkach, cichutko, jakby się bał. Usiadł naprzeciwko niej na starym fotelu, który kupili jeszcze przed ślubem.
Tapicerka była wytarta, sprężyny skrzypiały. — Musimy porozmawiać — powiedział wreszcie, głosem niskim i zmęczonym. — Tak — odpowiedziała Salomea, zamykając książkę. — Beata to koleżanka z pracy, z firmy ochroniarskiej.
Pracowaliśmy w tej samej zmianie. Był romans, trzy miesiące, ale to się skończyło dwa tygodnie temu. Sam to skończyłem, zanim się dowiedziałaś. — Dlaczego?
— zapytała Salomea, jej głos był spokojny, prawie obojętny. — Bo to był błąd. Ona nie jest… nie jest zrównoważona, pije.
Zaczęła dzwonić non stop, pisać wiadomości, czekać na mnie po pracy. Raz przyszła pod dom, stała na dole, patrzyła w nasze okna. Zrozumiałem, że to nie ma sensu, że to się źle skończy. Salomea patrzyła na niego.
Zauważyła, że schudł. Koszula była za luźna w ramionach. — Powinieneś był powiedzieć mi wcześniej — powiedziała spokojnie, bez podniesionego głosu, bez histerii. — Masz coś jeszcze do dodania?
— zapytała. — Przepraszam. Naprawdę przepraszam. — W porządku.
Wstała i poszła do sypialni. Kroki były miarowe, spokojne. Zamknęła za sobą drzwi i przekręciła klucz. Usiadła na łóżku, ręce złożyła na kolanach, oddychała powoli, licząc wdechy.
Nie płakała. Po prostu siedziała, patrząc w ciemność za oknem. Przez kolejne dni Salomea funkcjonowała normalnie. Wstawała o szóstej, przygotowywała śniadanie, kanapki dla dzieci.
Chodziła do pracy, uczyła drugą klasę w podstawówce na osiedlu Borki. Przygotowywała obiady, sprawdzała lekcje. Jarosław chodził na zmiany, wracał, prawie się nie odzywał. Spali w tym samym łóżku, ale się nie dotykali.
Przepaść między nimi była coraz większa. Ale telefon znowu zadzwonił. Tym razem o 1:37 w nocy. Salomea obudziła się natychmiast, jakby czekała na to.
Jarosław też się obudził. — Nie odbieraj! — powiedział zachrypniętym głosem. Ale Salomea już sięgnęła po słuchawkę.
Numer nieznany. Odebrała. — On mnie kochał — wyszeptał pijany głos Beaty, teraz cichszy, bardziej żałosny. — Nie ciebie.
On mówił mi, że ze mną jest szczęśliwy, że z tobą jest tylko z przyzwyczajenia. On wraca do mnie, słyszysz? Wraca do mnie. Salomea rozłączyła się, weszła w ustawienia i zablokowała numer.
— Skąd ona ma nasz numer domowy? — zapytała, odkładając telefon. — Nie wiem. Może znalazła w książce telefonicznej, może ktoś jej powiedział — odpowiedział bezradnie.
— Musisz to zatrzymać. — Wiem, Salomeo, ale nie wiem jak. Zablokowałem ją wszędzie, zmieniłem numer telefonu. Nie odpisuję.
— To nie wystarcza. Jarosław wstał i wyszedł do łazienki. Salomea słyszała plusk wody, jego ciężkie oddychanie. Patrzyła w ciemność.
Następnego dnia w szkole dostała SMS-a z nieznanego numeru: „On mnie kochał, nie ciebie. On wraca do mnie. To tylko kwestia czasu”. Zablokowała numer, odłożyła telefon do torebki.
Koleżanka Ewa podeszła z kubkiem herbaty. — Wszystko w porządku, Salomeo? — Tak. Wszystko dobrze.
Ale nie chciała rozmawiać. Nie chciała, żeby ktoś wiedział. Jeszcze nie. Wieczorem poszła do sąsiadki Haliny, emerytowanej pielęgniarki, która mieszkała drzwi w drzwi.
Znała ich rodzinę od lat, pamiętała, jak Martyna i Krystian byli mali. Usiadły w kuchni przy małym stoliku przykrytym ceratą w słoneczniki. Halina nalała herbaty. — Jarosław mnie zdradził — powiedziała Salomea prosto, bez wstępów.
Halina odstawiła czajnik i usiadła naprzeciwko. — Opowiedz mi wszystko. Salomea opowiedziała. Telefon w nocy, imię Beata, przyznanie się Jarosława, SMS-y z różnych numerów, pijany głos kobiety, zdesperowany.
— Skończył sam, nie dlatego, że się dowiedziałaś? — zapytała Halina. — Tak. — Jeśli ona nie przestanie, to twój mąż musi coś zrobić.
Nie ty, on. To jego odpowiedzialność. Zmienić numer, zmienić pracę, udowodnić ci, że chce naprawić to, co zepsuł. — Wiesz, że mój mąż też mnie zdradził?
— powiedziała Halina cicho. — Dawno temu, dwadzieścia lat minęło. Z sekretarką z jego firmy, młodsza, ładniejsza. Zostałam z nim.
— Żałujesz? — Czasami. Ale mieliśmy dzieci, nie miałam dokąd pójść. Dzisiaj byłoby inaczej.
Dzisiaj kobiety mają wybór. Salomea skinęła głową. Miała wybór. Ale co wtedy?
Gdzie miała pójść? Mieszkanie było wspólne, kredyt jeszcze do spłaty, dzieci w szkole, praca tutaj, w Radomiu. — Zastanów się dobrze — powiedziała Halina, kładąc dłoń na jej ręce. — Ale cokolwiek zdecydujesz, będę przy tobie.
W domu zadzwonił telefon stacjonarny. Martyna odebrała, właśnie wracała ze szkoły. W słuchawce milczenie. Oddech.
Potem kobiecy głos, tym razem trzeźwy, spokojny, co było jeszcze bardziej niepokojące. — Powiedz mamie, że tata mnie kocha, że zawsze będzie mnie kochał. Martyna odłożyła słuchawkę szybko, jakby parzyła. Salomea stała w korytarzu, widziała wszystko.
— Kto to był? — zapytała, chociaż już wiedziała. — Jakaś kobieta. Powiedziała, że tata ją kocha.
Cisza. — To nieprawda — powiedziała Salomea, starając się, żeby głos brzmiał pewnie. — Skąd wiesz? — Martyna podniosła głos, w jej oczach pojawiły się łzy.
— Skąd wiesz, co on czuje? Może rzeczywiście ją kocha? — Martyna, to nie twoja wina — zaczęła Salomea. — To twoja wina!
— krzyknęła dziewczyna. — Dlaczego tata musiał szukać kogoś innego? Bo ty wszystko kontrolujesz, bo jesteś zimna, bo nigdy nie jesteś z nim naprawdę. Zawsze jesteś zajęta pracą, domem, nami.
A kiedy ostatnio z nim rozmawiałaś? Kiedy ostatnio wyszliście gdzieś we dwoje? Salomea chciała odpowiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle. Bo Martyna miała rację.
Kiedy ostatnio? Trzy lata temu. Cztery. Ale córka już wybiegła, zatrzasnęła drzwi swojego pokoju tak mocno, że zadrgały obrazy na ścianie.
Salomea stała nieruchomo. Usiadła na kanapie, położyła ręce na kolanach i liczyła wdechy. Jeden, dwa, trzy, cztery. Wydech.
Patrzyła w okno. Niebo było szare, ciężkie od chmur. Przez następne dni Martyna nie rozmawiała z matką. Jadła w swoim pokoju, wychodziła rano bez słowa, wracała późno.
Krystian też się wycofał, chodził cichutko, unikał patrzenia matce w oczy. Jarosław wrócił któregoś wieczoru. Była połowa listopada, zimno. — Zmieniam pracę — powiedział, stając w drzwiach salonu, gdzie Salomea sprawdzała zeszyty.
— Co? — zapytała, odkładając długopis. — Znalazłem nową robotę. Ochroniarz w galerii handlowej.
Od przyszłego miesiąca. Bo z nią będziemy pracować w różnych miejscach. Nie będzie kontaktu. Może w końcu odpuści.
— Dobrze — powiedziała Salomea po chwili. — To dobrze. Życie toczyło się dalej. Minęły dwa tygodnie.
Grudzień nadszedł z pierwszym śniegiem i mrozem. Jarosław pracował w nowym miejscu, wracał zmęczony. Ale któregoś wieczoru, wracając ze sklepu, Salomea zobaczyła kobietę przy wejściu do klatki schodowej. Beatę.
Wiedziała od razu. Kobieta była drobna, niższa od Salomei. Miała krótkie ciemne włosy, niedbale przycięte, twarz zmęczoną, wychudzoną, oczy podkrążone. Czarne kurtka za duża w ramionach, spodnie z dziurami na kolanach.
— Ty jesteś Salomea? — zapytała Beata, podchodząc bliżej niepewnym krokiem. Pachniała alkoholem. Nie tym niedawno wypitym, ale tym, który siedzi w skórze, w ubraniu, w oddechu.
Salomea zacisnęła rękę na torbie z zakupami. Plastikowa rączka wgryzała się w palce. — Tak, on mnie kochał! — krzyknęła Beata, a jej głos przeszedł w szloch.
— Dlaczego mi go zabrałaś? Mówił mi, że ze mną jest szczęśliwy, że z tobą jest tylko ze strachu, z przyzwyczajenia. — Nie zabrałam — powiedziała Salomea spokojnie, chociaż serce biło jak szalone. — To mój mąż od 23 lat.
— Nie! — Beata potrząsnęła głową gwałtownie. — On był mój. Kochaliśmy się naprawdę, to nie był tylko seks, rozumiesz?
On mi mówił, że mnie kocha. Zrobiła krok do przodu, chwyciła Salomeę za ramię. Paznokcie miała obgryzione do żywego mięsa, dłoń drżała. — Puść mnie — powiedziała Salomea cicho, ale stanowczo.
— Nie, oddaj mi go. Oddaj! W tym momencie drzwi klatki otworzyły się i wyszła Halina z torbą na zakupy. — Co się tu dzieje?
— zapytała ostro, a jej głos był jak bat. Beata puściła Salomeę i cofnęła się, potykając o krawężnik. — To ona, ona mi go zabrała! — krzyczała, wskazując palcem.
Halina podeszła bliżej, stanęła między nimi, chociaż była starsza i niższa, ale jej postawa była tak pewna, że Beata znowu się cofnęła. — Dziewczyno — powiedziała twardo — idź do domu, wytrzeźwiej, nie rób z siebie widowiska. Beata patrzyła to na Halinę, to na Salomeę. W oczach miała coś dzikiego, rozpaczliwego.
W końcu odwróciła się i odeszła chwiejnym krokiem, znikając za rogiem. Salomea stała nieruchomo. Ręce jej drżały. — Dziękuję — wyszeptała, a głos się jej załamał.
— Ona jest chora, dziecko. — Halina poklepała ją po ramieniu ciepło, po matczynemu. — Widzę takie przypadki od lat. Alkoholizm, depresja, uzależnienie emocjonalne.
Jeśli to się nie skończy, zadzwoń na policję. Nie możesz z tym żyć. Wieczorem Salomea powiedziała Jarosławowi, co się stało. Siedział w kuchni, jadł resztki obiadu prosto z garnka, nie odgrzewając.
Jego twarz stężała, kiedy słuchał. — Pojutrze idę do niej — powiedział, odkładając widelec. — Powiem jej, żeby przestała, że to już naprawdę koniec. — Myślisz, że to pomoże?
— Nie wiem. Ale muszę spróbować. Nie mogę patrzeć, jak cię nęka. Salomea nie wiedziała, co powiedzieć.
Patrzyła na tego mężczyznę, z którym spędziła 23 lata życia. Znała każdą zmarszczkę na jego twarzy, każdy ruch. A teraz wydawał się obcy. — Jeśli chcesz, żeby to małżeństwo przetrwało — powiedziała w końcu spokojnie, chociaż w środku czuła się jak wulkan — pójdziemy na terapię.
— Co? — Jarosław podniósł wzrok zdziwiony. — Do psychologa dla par. Terapia małżeńska.
— Nie potrzebujemy obcych ludzi. Możemy sami. — Nie możemy. — Przerwała mu Salomea, głosem spokojnym, ale stanowczym.
— Nie radzimy sobie. Jesteśmy w tym bagnie już miesiąc i tylko się pogłębiamy. Jeśli odmówisz, to znaczy, że już się poddałeś, że ci na tym nie zależy. Jarosław milczał długo, patrzył w talerz.
W końcu skinął głową, powoli, jakby każdy ruch sprawiał mu ból. — Dobrze. Pójdę. Tydzień później siedzieli w małym gabinecie psychoterapeutki Iwony Nowak w centrum Radomia, na trzecim piętrze bez windy.
Salomea liczyła schody. Pięćdziesiąt dwa. Iwona miała około pięćdziesiątki, krótkie siwe włosy, spokojny głos. Gabinet był mały, ale przytulny.
Miękkie fotele, jasne ściany, pachniało lawendą. — Dlaczego zdecydowaliście się przyjść? — zapytała Iwona, siedząc naprzeciwko nich z notesem na kolanach. Jarosław milczał, patrzył w podłogę.
Salomea wzięła głęboki oddech. — Mąż mnie zdradził. Chcę zrozumieć, dlaczego, i chcę wiedzieć, czy da się to naprawić. Iwona skinęła głową, zapisała coś w notesie.
— A pan? — Ona chciała, żebyśmy przyszli — mruknął Jarosław, wciąż nie podnosząc wzroku. — Ale zgodził się pan. — Tak.
— Po chwili dodał ciszej: — Bo nie chcę jej stracić. — Jak długo jesteście małżeństwem? — 23 lata — odpowiedziała Salomea. — Poznaliśmy się 25 lat temu na dyskotece w Domu Kultury.
— A kiedy ostatnio spędziliście czas tylko we dwoje? Bez dzieci, bez pracy, bez telewizora i telefonów? Cisza. Długa, ciężka.
— Nie pamiętam — powiedziała Salomea cicho, czując, jak policzki jej płoną. — Może trzy lata temu — dodał Jarosław, drapiąc się po karku. — Byliśmy na imieninach u kolegi z pracy, ale to nie było tylko o nas. Było dużo ludzi.
Iwona zapisała coś, długo, skupiona. — To częste. — Odłożyła pióro. — Małżeństwa po latach zaczynają funkcjonować jak współlokatorzy.
Dzielicie obowiązki, ale nie dzielicie życia. Jesteście razem, ale nie jesteście ze sobą. Salomea poczuła, że te słowa bolą, bo są prawdą. — Mam dla was zadanie.
Do następnej sesji za dwa tygodnie chcę, żebyście spędzili jeden wieczór razem, bez dzieci, bez telefonów, bez telewizora. Idźcie gdzieś, porozmawiajcie. O czymkolwiek. O waszym dniu, o tym, co czujecie, jeśli jesteście gotowi.
Nieważne. Ważne, żebyście byli razem, naprawdę razem. Następnego piątku wieczorem poszli do małej kawiarni w centrum Radomia. Salomea ubrała się ładnie, czarna spódnica, biała bluzka.
Jarosław włożył niebieską koszulę, tę, którą dostał od niej na ostatnie urodziny. Siedzieli naprzeciwko siebie przy stoliku w kącie. Salomea piła herbatę, Jarosław kawę bez cukru. Cisza.
— Jak ci w nowej pracy? — zapytała w końcu. — W porządku. Rutyna.
Nudne, ale płacą regularnie. Znowu cisza. Jarosław odchrząknął, wziął łyk kawy. — Przepraszam cię za to wszystko.
Za ból, który ci sprawiłem. — Wiem — powiedziała cicho. — Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Naprawdę nie wiem.
To nie było zaplanowane. Po prostu się stało. — Nic się samo nie dzieje, Jarosławie. To były twoje wybory.
— Z nią było prościej. Salomea zacisnęła dłonie na kubku. Herbata była gorąca, paliła ją przez porcelanę, ale nie puściła. — Prościej.
Ona nie pytała o nic. Nie kontrolowała, gdzie jestem, co robię. Byliśmy razem i tyle. Bez zobowiązań, bez odpowiedzialności.
— A ja wymagałam? — zapytała Salomea, a jej głos był zimny jak lód. — Wymagałam, żebyś był ojcem naszych dzieci, żebyś płacił rachunki, żebyś wracał do domu, żebyś pamiętał o urodzinach, świętach, wywiadówkach. — Wiem, że to nie usprawiedliwienie.
— Nie usprawiedliwia. — Przerwała mu. — Miałeś trudności ze mną? Powinniśmy byli porozmawiać.
Powinniśmy byli pójść na terapię rok temu, dwa lata temu. Ale ty wybrałeś łatwiejszą drogę. Uciekłeś do kogoś, kto niczego nie wymagała. Siedzieli w milczeniu.
Wokół ludzie rozmawiali, śmiali się. Kelnerka przyniosła komuś ciasto. Życie toczyło się normalnie, obojętnie na ich dramat. — Może to był błąd — powiedział nagle Jarosław, cicho, ale wyraźnie — że z nią skończyłem.
Salomea uniosła wzrok, nie wierząc w to, co usłyszała. — Co? — Może powinienem był wtedy wybrać. Jasno, zdecydować się na jedno.
Salomea odstawiła kubek. Ręce jej nie drżały. Była dziwnie spokojna, jakby coś w niej pękło i teraz mogła myśleć jasno. — To czemu tego nie zrobiłeś?
Jarosław milczał. — Bo się bałeś. — Dokończyła za niego. — Bałeś się zostać sam.
Bałeś się, że ona jest niestabilna, że cię zniszczy. Więc wróciłeś do mnie, do bezpiecznej przystani, do tego, co znane. — Wystarczy. Wstała, wzięła torebkę.
Zostawiła banknot dwadzieścia złotych na stoliku, chociaż rachunek był pewnie mniejszy. — Idę do domu. Zostań. Dokończ kawę.
Przemyśl, co powiedziałeś. Wyszła z kawiarni. Grudniowy wieczór był chłodny, temperatura spadła poniżej zera. Wiatr drapał w policzki.
Ulice były jasno oświetlone, świąteczne iluminacje już zawieszone. Kolorowe lampki, gwiazdy, anioły. Za tydzień pierwsza niedziela adwentu. Życie toczyło się dalej.
W domu było ciemno. Martyna i Krystian już spali. Salomea poszła do sypialni. Nie rozebrała się, położyła się na łóżku w ubraniu, w spódnicy i bluzce.
Patrzyła w sufit na pęknięcia, które znała na pamięć. Jarosław wrócił po godzinie. Słyszała, jak zdejmuje buty w korytarzu, jak otwiera lodówkę, jak siada w salonie, ale nie przyszedł do sypialni. Rano obudziła się i zobaczyła, że jego połowa łóżka jest nietknięta.
Wyszła do salonu. Jarosław spał na kanapie, przykryty swoją kurtką. Nie obudziła go. Przygotowała śniadanie, obudziła dzieci.
Rutyna, szkoła, praca, życie. Jarosław wstał dopiero o dziesiątej, gdy wszyscy byli już poza domem. Salomea wróciła po pracy o czternastej, piątek, krótszy dzień, i zastała go w kuchni przy kawie. — Przepraszam za wczoraj — powiedział, nie patrząc na nią.
— W porządku. — Nie wiem, dlaczego to powiedziałem. To było głupie, nie myślałem. — Jarosławie, przestań przepraszać.
Chcę, żebyś był szczery. Naprawdę szczery. — Jestem szczery. — Nie mówisz tego, co chcę usłyszeć, ale tego nie czujesz, i to jest problem.
Jarosław usiadł ciężko na fotelu, jakby ważył dwa razy więcej. — Nie wiem, co czuję. — Głos miał cichy, głowę opartą na dłoniach. — Naprawdę nie wiem.
Jestem zagubiony. — Właśnie dlatego jesteśmy w tym bałaganie. Siedzieli w milczeniu. Za oknem przejechał tramwaj.
Dudnienie torów przebiegło przez ścianę. Potem cisza. — Nadal chcesz być w tym małżeństwie? — zapytała Salomea, patrząc mu w oczy.
Jarosław podniósł wzrok. W jego oczach było coś, może strach, może rozpacz. — Tak. Chcę.
— Dlaczego? — Bo jesteśmy rodziną. Mamy dzieci, mamy wspólne życie, 23 lata razem. To nie może się tak skończyć.
— Ale mnie nie kochasz — powiedziała Salomea. To nie było pytanie. Cisza. — Kocham!
— powiedział w końcu Jarosław, ale jego głos był niepewny, pełen wątpliwości. Salomea skinęła głową. Wiedziała już wszystko. — Dobrze.
Spróbujmy dalej.


