OSTATNIE NAZWISKO NA OPASCE
ROZDZIAŁ 4 — PIĘTRO, KTÓREGO NIE BYŁO
Światła zgasły.
Na korytarzu rozległy się krótkie okrzyki.
Po chwili włączyło się awaryjne oświetlenie.
Długie pasy zimnego, czerwonego światła przecięły ściany szpitala.
Stara winda wciąż stała otwarta.
W środku leżała zakurzona karta dostępu.
Dr Emilia Nowak.
Emilia podniosła ją ostrożnie.
Odwróciła plastikową kartę.
Na odwrocie ktoś wydrapał jedno zdanie.
„Prawda jest pod tobą.”
– Co to ma znaczyć? – wyszeptała Lena.
Marek patrzył na windę, jakby widział ducha.
– Dziewięć lat temu ta winda prowadziła na szóste piętro.
– Przecież nadal prowadzi.
– Nie.
– Jak to?
– Oficjalnie… tak.
– A nieoficjalnie?
Marek przełknął ślinę.
– Zatrzymywała się jeszcze raz.
Zapadła cisza.
– Między piątym a szóstym piętrem.
Emilia zmarszczyła brwi.
– To niemożliwe.
– W dokumentacji nie istnieje.
– Więc gdzie prowadzi?
Marek spojrzał jej prosto w oczy.
– Do starego skrzydła badań klinicznych.
Za ich plecami rozległ się tupot butów.
Dwóch policjantów dobiegło do windy.
– Proszę się odsunąć.
Jeden z nich nacisnął przycisk.
Nic.
Drugi spróbował otworzyć panel sterowania.
Drzwiczki były zaspawane.
– Ktoś to przerobił – mruknął.
Marek pokręcił głową.
– Nie.
– Skąd pan wie?
– Bo ja sam wymieniałem ten panel.
Wszyscy spojrzeli na niego.
– Ale nigdy go nie spawałem.
Na drugim końcu korytarza pojawił się profesor Damian Różycki.
Towarzyszyło mu czterech ochroniarzy.
Szli szybko.
Stanowczo.
Profesor zatrzymał się kilka metrów od windy.
– Odsunąć się od tego miejsca.
Nikt się nie ruszył.
– To polecenie.
Emilia zrobiła krok naprzód.
– Na jakiej podstawie?
– Ta część budynku jest zamknięta.
– Od kiedy?
– Od lat.
– Dlaczego?
– Z powodu zagrożenia konstrukcyjnego.
Marek parsknął gorzkim śmiechem.
– Kłamstwo.
Profesor spojrzał na niego z pogardą.
– Pan już tu nie pracuje.
– Ale pamiętam wszystko.
– Milczeć.
– Nie.
Marek zrobił krok naprzód.
– Nigdy nie było żadnego zagrożenia.
Profesor skinął głową.
Dwóch ochroniarzy natychmiast ruszyło na Marka.
Pierwszy chwycił go za ramię.
Drugi próbował wyrwać mu telefon.
– Oddawaj!
Marek cofnął rękę.
Telefon wyślizgnął się.
Przeleciał przez korytarz.
Emilia rzuciła się w jego stronę.
Jeden z ochroniarzy zagrodził jej drogę.
– Proszę się cofnąć.
– Zejdź mi z drogi.
– Nie mogę.
Emilia odepchnęła jego rękę.
Ochroniarz stracił równowagę i uderzył plecami o ścianę.
Rozległy się okrzyki.
Pielęgniarki wybiegły z dyżurki.
Pacjenci zaczęli wyglądać z sal.
Ktoś znowu zaczął nagrywać.
Profesor podniósł głos.
– Widzicie?!
– Znowu używa przemocy!
– Dokładnie taka jest!
Kilka osób spojrzało niepewnie na Emilię.
Ale nikt się nie odezwał.
Wtedy młody rezydent, ten sam, który dzień wcześniej bał się podać adrenalinę, wyszedł z tłumu.
Stanął obok Emilii.
– To nieprawda.
Profesor zamarł.
– Słucham?
Rezydent drżał.
– To pan zabronił mi otworzyć szufladę z lekami.
– Zastanów się, co mówisz.
– Pamiętam każde słowo.
– Zniszczysz sobie życie.
– Już prawie je zniszczyłem… przez własne milczenie.
Korytarz ucichł.
Profesor zrobił krok w jego stronę.
– Podpisywałem twój kontrakt.
– Wiem.
– Mogę go też zakończyć.
– Już się nie boję.
To był pierwszy raz, gdy ktoś z personelu publicznie sprzeciwił się dyrektorowi.
W oczach pielęgniarek pojawiła się nadzieja.
Nagle rozległ się cichy sygnał.
Bip.
Panel windy rozświetlił się samoczynnie.
Bez dotykania.
Bez prądu z głównej sieci.
Na wyświetlaczu pojawiła się liczba.
-1
– Przecież… nie ma tutaj poziomu minus jeden – powiedział policjant.
Drzwi windy zaczęły się zamykać.
– Nie!
Emilia wsunęła stopę między skrzydła.
Mechanizm zatrzymał się z głośnym zgrzytem.
Profesor krzyknął:
– Zamknąć tę windę!
Dwóch ochroniarzy ruszyło w stronę drzwi.
Policjanci zastąpili im drogę.
– Koniec.
– To teren śledztwa.
Profesor wyciągnął telefon.
– Zadzwonię do ministra.
– Proszę dzwonić.
– Wszyscy za to odpowiecie!
Nikt już go nie słuchał.
Emilia weszła do środka.
Za nią Lena.
Potem Marek.
Jeden z policjantów również przekroczył próg.
Drzwi zaczęły się zamykać.
Profesor rzucił się do przodu.
– Nie wolno wam tam schodzić!
Było za późno.
Drzwi zatrzasnęły się tuż przed jego twarzą.
Winda ruszyła.
Nie do góry.
Nie na dół.
Jechała powoli.
Dłużej, niż pozwalała wysokość budynku.
W środku panowała absolutna cisza.
Słychać było tylko pracę starego mechanizmu.
Po niemal minucie kabina zatrzymała się.
Rozległ się metaliczny dźwięk.
Drzwi otworzyły się powoli.
Przed nimi rozciągał się długi, zakurzony korytarz.
Na ścianach wisiały stare tabliczki.
ODDZIAŁ BADAŃ KLINICZNYCH
Pod sufitem migotały pojedyncze lampy.
Powietrze pachniało kurzem i środkami dezynfekcyjnymi sprzed lat.
Na końcu korytarza znajdowały się ciężkie stalowe drzwi.
A na nich, mimo warstwy pyłu, wciąż można było odczytać numer.
614
Emilia zrobiła pierwszy krok.
Potem drugi.
Jej serce biło coraz szybciej.
Marek zatrzymał się nagle.
– Słyszycie?
Wszyscy zamilkli.
Za drzwiami rozległ się cichy dźwięk.
Jakby ktoś przesunął krzesło po podłodze.
Potem…
czyjś spokojny głos.
– Wiedziałam, że w końcu tu traficie.
Emilia zamarła.
To był głos kobiety.
Starszej.
Spokojnej.
I dziwnie znajomej.
Drzwi do pokoju 614 zaczęły się powoli otwierać…


:max_bytes(150000):strip_icc():focal(731x224:733x226):format(webp)/bryan-kohberger-written-plea-090325-b8d324e6c1a749dcb7477e612b47b5f4.jpg)
